moja historia

O trudnych początkach, kochających dziadkach, szalonej młodości, perturbacjach w życiu prywatnym, kryzysach w biznesie, wsparciu najbliższych, niepoddawaniu się, dramacie zdrowotnym — i wreszcie o „cudzie”.

Dzieciństwo

Nie zawsze łatwo wraca się do lat dzieciństwa. Zapewne o tym wiesz. Jest wiele rzeczy, o których chciałoby się po prostu zapomnieć, schować gdzieś głęboko na dnie szuflady i już nigdy do nich nie wracać. Nie jest tak, że nie było dobrych momentów – były! – ale kiedy patrzę na tamte chwile z perspektywy czasu, myślę, że ludzie zwyczajnie nie powinni tak żyć.

Urodziłem się w Bydgoszczy. Wychowali mnie babcia z dziadkiem w rodzinie zastępczej, ponieważ moim rodzicom odebrano prawa rodzicielskie – moja mama była alkoholiczką, a ojciec recydywistą, który ciągle siedział w więzieniu. Jestem niesamowicie wdzięczny moim dziadkom, bo gdyby nie oni, zapewne nie byłoby mnie już na tym świecie. Tym bardziej że przygarnęli mnie jako szóste dziecko. Na jednym pokoju na pewno nie było łatwo. W moje wychowanie zaangażowane były nie tylko moje ciotki, które do dziś traktują mnie jak brata, ale też sąsiadki, które – gdy dziadkowie pracowali – chętnie pomagały, opiekowały się mną, czasem nakarmiły… To były czasy, gdy ludzie w trudnościach mogli na siebie liczyć.

Przyznam się, że trochę tęsknię za tamtym światem. Dziś chyba nawet trochę niestosowne wydaje się pożyczenie jajka od sąsiada. Inne czasy…

Cóż tu dużo koloryzować – byłem łobuzem! Wychowywanie mnie z pewnością nie należało do łatwych. I tu znów ukłon w stronę babci, która niemal codziennie musiała być w szkole. Gdyby nie jej interwencje, dar przekonywania nauczycieli i umiejętność zmuszania mnie – mimo wszystko – do nauki, to z ukończeniem szkoły mogłoby być różnie.

Poza łobuziarstwem muszę się też przyznać, że byłem niezłym kombinatorem – w szkole zawsze potrafiłem sobie jakoś poradzić. A to dziewczyny robiły mi zadania domowe, a to koledzy czytali lektury, i jakoś zawsze byłem przygotowany do lekcji. Ja oczywiście nigdy nie miałem na to czasu – już wtedy kręciłem swoje małe „biznesy”: zbierałem i sprzedawałem butelki, żeby mieć parę groszy dla siebie.

To nie były łatwe czasy. Dziadkowie – oboje! – pracowali jako stolarze (sic! Tak, babcia też!), ale przy szóstce dzieci często brakowało nawet na ubrania czy jedzenie.

Z przykrością wspominam, że swego czasu nadano mi pseudonim „podwórkowy żebrak”, a mojemu psu Kajtkowi – „podwórkowy rozbójnik”, bo wszystkich gryzł. Mocno wryło mi się w pamięć pewne wydarzenie z dzieciństwa, kiedy na podwórku poprosiłem kolegę, żeby dał mi gryza świeżego ogórka – nas po prostu nie było stać na takie rzeczy. On zwyzywał mnie od żebraków i skwitował: „Jak nie masz pieniędzy, to nie będziesz jadł”.

Wtedy do mnie dotarło… Zabolało, ale też olśniło – nie chcę tak żyć! Muszę coś zmienić. Żyć inaczej.

Młodość

Dorastałem, a ta myśl już na zawsze we mnie została. Próbowałem nadrabiać przez koleżeństwo, bycie ważnym w środowisku, w centrum, pokazywaniem się zawsze z jak najlepszej strony. Babcia chętnie przerabiała znane powiedzenie i śmiała się, że gdzie diabeł nie mógł wejść, tam zawsze ja wlazłem – byle tylko się pokazać, byle tylko udało się zaszpanować przed innymi.

Nawet kiedyś – gdy budowano nowe bloki w okolicy – wspiąłem się na dźwig. Miałem wtedy z pięć, może sześć lat. Z żurawia musiała mnie ściągać straż pożarna, bo choć wejść się udało, to zejść już nie potrafiłem. Takimi wyczynami zdobywałem szacunek i sławę wśród rówieśników. Wszędzie mnie było pełno i robiłem wszystko: grałem w piłkę, badmintona, podnosiłem ciężary, byłem w straży, grałem na trąbce… Po prostu wiele się działo – a wszystko po to, by spróbować w życiu wszystkiego, co tylko mogłem.

Ponieważ w domu „się nie przelewało”, dorosłe życie musiałem zacząć dość wcześnie. Uczyłem się i pracowałem. Dziś jestem za to wdzięczny – od najmłodszych lat musiałem dbać o siebie i radzić sobie sam. To była dobra szkoła życia. „Elektromechanik maszyn i urządzeń górniczych” – taki był plan. Ale pewnego dnia, przechodząc obok zakładu tapicerskiego, dla żartu zapytałem, czy mógłbym rozpocząć tam praktykę… i tak zostałem tapicerem.

Zrobiłem egzamin czeladniczy, potem szkołę średnią, poszedłem do wojska, a życie się toczyło – i wciąż nie było łatwo. Życie dziadków też nie było usłane różami, więc z wdzięczności pomagałem, jak tylko mogłem.

Bardzo dobrze grałem w piłkę. Pojawiały się propozycje z klubów kolejarskich, ale babcia zarządziła: „Żadnym kolejarzem nie będziesz!”, a ja – z szacunku – posłuchałem. Dziś myślę, że szkoda, bo grałem całkiem nieźle i szansa na profesjonalną karierę była… ale, jak to się mówi, widocznie tak miało być.

 

Dorosłość

Po wojsku wyjechałem z domu. Trochę mieszkałem w Łodzi, trochę w Olsztynie, zacząłem pierwsze biznesy, poznałem przyszłą żonę i… przyszedł czas na pierwszy kryzys. Nie miejsce tu na szczegóły, ale krótko mówiąc – straciłem wszystko. Jeszcze później kilka razy dostałem od życia porządną lekcję biznesu, co przede wszystkim nauczyło mnie, że żeby zacząć robić coś naprawdę dobrze, trzeba wcześniej kilka razy ponieść porażkę.

Sprzedałem wszystko, co miałem – budę kempingową, zegarek Peitlinga – i w Wielkiej Brytanii zacząłem wszystko od nowa. Praca była od zaraz, ale też od zaraz pojawiły się imprezy, koledzy, alkohol… coraz więcej i więcej. Z powodu tych imprez bywało różnie z moją ówczesną dziewczyną, która w końcu postawiła sprawę jasno: „Kolego, albo bierzemy ślub, albo do widzenia”.

Pomyślałem wtedy o swoim dotychczasowym życiu, o trudnym małżeństwie moich rodziców – i dotarło do mnie, że ja chcę mieć rodzinę. Zresztą, byłem zakochany, więc… czemu się nie ożenić? Wzięliśmy ślub cywilny – i okazało się, że nieświadomie zmieniliśmy wyznanie na anglikańskie. Wszystko udało się odkręcić, ale była to dość zabawna historia.

Życie toczyło się dalej. Z dzisiejszej perspektywy widzę, że to jeszcze nie było dorosłe życie – bardziej doświadczanie różnych rzeczy. Moja głowa też nie pracowała jeszcze tak, jakbym chciał. Do pewnych spraw musiałem po prostu dojrzeć.

Zawsze chciałem być wolny od pracy na etacie. Kiedy urodził się mój syn, Kacper, zacząłem próbować swoich sił w biznesie w UK. W krótkim czasie udało mi się stworzyć całkiem dużą firmę – w pewnym momencie zatrudniałem 70 osób. Być może problemem był brak doświadczenia w zarządzaniu ludźmi, być może zawiedli pracownicy – ostatecznie nie wypłacono mi 300 tysięcy funtów i wszystko się rozpadło.

Dziś wiem, że bardzo dobrze, że tak się stało. Po raz kolejny życie pokazało mi, że porażka zawsze może być początkiem czegoś lepszego.

Pojawiły się problemy finansowe – niewypłacone pensje, wiszące rachunki, a więc też dużo stresu, strachu… i znów alkohol. Każdy ma swoje dno – ja wtedy spadłem na swoje.

Pomógł mi mój ówczesny wspólnik – Waldek – którego do dziś uważam za swojego anioła stróża, mentora i przyjaciela. To od niego między innymi nauczyłem się, że zawsze można zacząć od zera. Zdecydowałem się na meetingi AA – i tak zaczęła się moja nowa droga.

 

"Cud"

Jednak stwierdziłem, że to nie było dla mnie. Czułem się kimś lepszym. Moje prawdziwe dno dopiero na mnie czekało – i po pewnym czasie trafiłem tam po raz drugi.

To dno wiązało się również z poważnymi problemami zdrowotnymi – zarówno wewnętrznymi, jak i zewnętrznymi. Zauważyłem, że alkohol już nic mi nie daje, a życie toczy się w coraz gorszym kierunku. Dzięki Waldkowi, wspólnocie AA i pracy nad sobą zrozumiałem, że alkohol nie jest żadnym rozwiązaniem. Kompletnie zmieniłem swoje życie. Stałem się innym człowiekiem. Zacząłem prawdziwie żyć, dostrzegać potrzeby innych i odkryłem, że kocham pomagać – to daje mi wielką radość. Im więcej dawałem z siebie innym, tym więcej otrzymywałem od Boga.

Nie mam tu na myśli kwestii finansowych. Pomoc w postaci pieniędzy jest stosunkowo prosta, ale czasem dobre słowo, czy pokazanie innego spojrzenia, potrafi przynieść o wiele więcej dobra. Na marginesie wspomnę, że od 13 lat nie piję, ale nadal uczęszczam na meetingi AA i pomagam osobom zmagającym się z uzależnieniem – tym, którzy potrzebują dobra, uśmiechu i wsparcia.


Problemy zdrowotne i… cud

W tym czasie, kiedy walczyłem z uzależnieniem, dopadła mnie także choroba zwyrodnieniowa – dziedziczna w mojej rodzinie. Zaczęły się problemy z chodzeniem, potem ledwo się poruszałem, musiałem chodzić o kulach. Lekarze nie chcieli mnie operować – jedynie tabletki, masa tabletek, które ostatecznie przestały działać. Później morfina – tak, było aż tak źle. Nawet ona nie pomagała. W końcu lekarz zlecił operację. Potem rehabilitacja, ale wszystko zaczęło się od nowa: kule, ból, morfina… druga operacja.

W międzyczasie odezwał się do mnie Tomek, z którym wcześniej robiłem interesy w Polsce. Powiedział, że rozpoczął współpracę z firmą DuoLife i wspomniał, że ich produkty pomagają m.in. na kości. Za pierwszym razem stosowałem je tylko przez miesiąc – i stwierdziłem: „To nie działa”. Przestałem z nim o tym rozmawiać. Ale po kilku miesiącach, kiedy było naprawdę źle, postanowiłem spróbować jeszcze raz. Tym razem potraktowałem to poważnie – zastosowałem wszystko, co mi radzono.

I wtedy wydarzył się cud. Po sześciu miesiącach mogłem zawiązać buta. Samodzielnie! Zacząłem chodzić, odstawiłem laskę, przestałem brać leki przeciwbólowe.


Nowy etap życia

W tym czasie organizowany był mecz AA Slough kontra „reszta świata”. Zagrałem cały mecz – łącznie z dogrywką, 120 minut! – choć w przymałych butach. Żona postukała się w głowę i… miała rację. Przesadziłem. Wszystko zaczęło się od nowa. Ale tu znów wydarzył się cud – po kilku miesiącach kuracji wróciłem do formy.

Później jako kierowca obwoziłem znajomych, którzy brali udział w Three Peaks Challenge (Anglia, Walia, Szkocja). Poczułem nutkę zazdrości – więc gdy następnym razem jechali na Snowdon, dołączyłem. Wszedłem na szczyt. Potem zdobyłem Tryfan… trzy razy! Wreszcie w Maroku wszedłem na Tubkala – jak się później okazało, z koronawirusem. Pomyśleć, że jeszcze parę miesięcy wcześniej nie mogłem chodzić… Moje życie całkowicie się zmieniło.


DuoLife i nowe powołanie

Tak zaczęła się moja przygoda z DuoLife. Wiele osób pytało mnie, co się wydarzyło, i wtedy opowiadałem swoją historię – szczerze i otwarcie. Wspominałem o produktach, które mi pomogły. Przy okazji zacząłem też mocniej rozwijać się w obszarach rozwoju osobistego, biznesu i zdrowia – trzech filarów, na których DuoLife opiera swoją filozofię.

Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że byłem bliski śmierci – bo oprócz zwyrodnień były też: cukrzyca, wątroba, trzustka, nadciśnienie, cholesterol… i wiele, wiele innych problemów. Ale dzięki wierze w Boga, wierze w siebie i wsparciu ze strony DuoLife, otrzymałem drugie życie.


Wdzięczność

W tym miejscu chciałbym podziękować Karolinie Lemanowicz, która od początku mojej drogi w DuoLife była ogromnym wsparciem. I oczywiście Waldkowi – mojemu przyjacielowi, mentorowi, aniołowi stróżowi. Współpracujemy już 12 lat. Choć zaczynaliśmy praktycznie od zera, to dzięki wartościom wyniesionym z AA – uczciwości, lojalności, prawdzie – udało nam się wspólnie osiągnąć naprawdę wiele.

Dzięki Waldkowi rozwinąłem się i dojrzałem jako człowiek. Jestem mu za to wdzięczny do końca życia. To od niego zaczęła się moja przemiana. Otrzymałem pomoc. Otrzymałem coś ważnego. I dziś chcę to samo przekazywać dalej.

Biznesowa lekcja życia

„... żeby zacząć coś robić na prawdę dobrze, to trzeba wpierw parę razy ponieść porażkę.”

Rafał Orłowski

Orzeł